Forum Teozofia.pl - nowa domena Strona Główna

 Nasza droga do Boga, kimkolwiek On jest.

Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu
Autor Wiadomość
Immanuel
Administrator



Dołączył: 27 Cze 2010
Posty: 32
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: Warszawa

PostWysłany: Pią 14:16, 15 Paź 2010    Temat postu: Nasza droga do Boga, kimkolwiek On jest.

Kiedy rozważamy jakie są nasze relacje z Bogiem (Bóg i ja) i drogę jaka nas wiodła i wiedzie do Niego, nie sposób, aby nie pojawiły się przed nami różne myśli, również te z dzieciństwa, o wyobrażeniu sobie Boga na przestrzeni lat. Jak słusznie zauważył Prajn i chyba większość z nas tak miała pod wpływem otaczającego nas środowiska ludzi, że za młodych lat przedstawialiśmy sobie Boga jako jakiegoś tam dziadka z siwą brodą (mówię skrótowo), siedzącego gdzieś tam w niebie i zarządzającego wszystkim na tym świecie. Wywodzę się z domu katolickiego, więc dostosowawszy się do poleceń rodziców, chodziłem na lekcje religii. Pamiętam, że na początku mieliśmy książeczki do kolorowania, a w nich zarówno postać Boga, jak i inne postacie z wiary katolickiej, jak diabły, anioły i obrazki przedstawiające niektóre biblijne sceny. U mnie omówienia księdza tych rysunków i zdarzeń z nimi związanych, szybko wywołały reakcję obronną. Bo jeżeli Bóg dał człowiekowi wolną wolę i ma go rozliczyć po śmierci cielesnej, a do niej każdy może się poprawić i odrobić swoje winy, to dlaczego Bóg swą ingerencją sprowadza na człowieka kary w postaci różnych klęsk, jak np. potop? No i jeżeli Bóg jest tak dobry i tak bardzo kocha ludzi, że własnego syna poświecił na odkupienie grzechów, to jednocześnie, dlaczego jest tak okrutny i mściwy, a momentami wręcz podły i nienawistny? Jakoś już w drugiej klasie podstawówki, gdy pojawiły się te wątpliwości i dylematy, zacząłem dostrzegać w tym wszystkim brak logiki i sensu. Praktycznie nie słuchałem już tych lekcji religii, a zacząłem przy tych wątpliwościach szukać na własną rękę Prawdy, swojej drogi do Prawdy.

Wtedy nawet nie znałem pojęcia hinduizm, panteizm czy teozofia. To było obce i nieosiągalne dla malca. Jednak już wtedy odrzucałem możliwość istnienia tak kontrowersyjnego i okrutnego Boga. Miałem chwile zachwiania, zwątpienia i ateistyczne myśli, ale zawsze jednak zwyciężał nurt istnienia jakiegoś duchowego Absolutu Ideału. W tamtych latach nie było dostępu tak jak dziś do książek „religijnych”, a właściwie jedyną była biblia i jakieś książki w stylu „Życie po życiu”, czy „Życie po śmierci”. Jako pierwsze zaliczyłem ewangelie kanoniczne (innych nie było), a potem to co było dostępne z ezoteryki. Zauważyłem, że wśród tych opisów spirytystycznych pojawiają się również postacie negatywne, więc doszedłem do wniosku, że człowiek jednak nie może być potępiony i zepchnięty w otchłań jakiegoś piekła, skoro materializują się i te złe postacie i nie widać w nich jakiś nieludzkich cierpień.

Jednocześnie pochodzę z rodziny wędkarskiej, więc ponoć szybciej umiałem zawiązać haczyk, niż buty. Ale rzecz tu w tym, że często przebywałem na łonie natury, która jawiła mi się taka Boska, bez skazy, przepełniona miłością i we wszystkim dostrzegałem Boga, zawsze będąc przepełniony radością otaczające świata, życia, stworzeń. Przez ojca byłem uczony szacunku do przyrody, ale i tak przychodziło to do mnie samo, bo jak mogłem nie kochać tych cudów natury, z którymi obcowałem. Często sam wybierałem się z wędką nad wodę i siedziałem w samotności nawet do późnego wieczora, obserwując przyrodę i firmament niebieski. To zderzenie własnych spostrzeżeń, piękna i doskonałości przyrody, będącej w cudownej harmonii przeplatającego się wzajemnie życia, z książkami o rzeczach nieuchwytnych na co dzień i ewangelicznym przesłaniu, wytworzyło we mnie mniemanie o istnieniu Boga doskonałego, przyczyny tego wszystkiego co nas otacza oraz płynącej zewsząd potęgi miłości i radości, którą tak doskonale czułem wieczorami nad wodą. Czułem tą miłość przychodzącą do mnie z otoczenia, ale czułem również te wspaniałe uczucia, jakie się tworzyły wewnątrz mnie samego. I czułem jak wzajemnie się przeplatają one wszystkie, jak wzajemnie do siebie należą i wzajemnie sobie są dawane. To była ta iskra, która dała dzisiejszy płomień uwielbienia Boga. Gdy się wtedy za młodych lat zastanawiałem nad tym, to dochodziłem do przekonania, że Bóg jest duchową istotą, która jest sumą wszelkiej miłości przenikającej cały ten świat i mnie również. Że jest we wszystkim i we mnie. Owszem, nie miałem wiedzy jaką dziś dysponuję i dopiero co się dowiedziałem o reinkarnacji, o karmie, o konieczności doskonalenia, a później o ewolucji duchowej człowieka.

Pamiętam jak w końcu szkoły podstawowej rozważali wszyscy, czy chodzić dalej na lekcje religii (do których zresztą przymuszali mnie rodzice, a które były już dla mnie nudne i nijak się miały do życia i odkrytych w sobie namiętności i pragnień), czy też dać sobie z nimi spokój i żyć po swojemu? Wtedy dane mi było rozmawiać z prof. biblistą, moim proboszczem, starszym panem, mającym duży szacunek u ludzi, dar przyciągania do siebie młodzieży. Może dla tego, że w każdym widział człowieka, każdego jednako szanował, bez względu na wiek? Tak mi się wydaje. Gdy mu powiedziałem co we mnie siedzi i o swoich spostrzeżeniach, jak widzę i pojmuję Boga, że lekcje religii w zasadzie nic mi nie dają i jakoś nie pasują mi te nauki, a jednocześnie mówiłem o Bogu miłości, dzięki któremu ja potrafię kochać otaczający świat do łez radości, to powiedział, żebym szedł dalej tą drogą i w zasadzie dobrą drogę znalazłem do poznania Boga, żebym się rozwijał w tym przekonaniu, żebym szedł dalej nie zatrzymując się po drodze i nie zbaczał z obranej ścieżki do Boga i dalej czerpał z miłości i nauk Chrystusa. Do chodzenia na lekcje religii jakoś mnie już nie namawiał. Jestem mu wdzięczny za jego podejście wówczas do mnie i za jego rady, bo były one dla mnie motorem napędowym do dalszego szukania Prawdy. Jak bardzo stał mi się bliski przez tą rozmowę, przekonałem się gdy doświadczyłem bólu na wieść o jego śmierci, a potem, gdy potrzebowałem dobrej, życiowej, serdecznej rady i już jej mi zabrakło.

W dalszym okresie rozwijałem swą wiarę w zasadzie o własne postrzeganie otoczenia, o własne przemyślenia i własne kontemplacje. Zauważyłem jak wielką radość wewnętrzną, zadowolenie i bogacenie wnętrza daje bezinteresowne czynienie dobra innym. Nie miało to znaczenia, czy jest to człowiek, czy też zwierzę, czy roślina. Nauczyłem się czerpać radość życia, przez czynienie dobra. Zdaję sobie sprawę, że do doskonałości mi daleko, ale w każdym działaniu na plus, czuję jak zbliżam się w sobie do tej wielkiej miłości Abba-Amma. Czuję wtedy, że ja też jestem cząstką Boga, że mam Boga w sobie.

W młodych latach lubiłem w ciepłe letnie noce kłaść się bez ubrania na trawę z rosą i słuchać szumu trzcin, drzew, plusku ryb w jeziorze, oglądać drogę mleczną, czasem słyszeć dało się bzyk owada, szelest skrzydeł przelatującego nietoperza, a tuż przed świtem pierwsze ptasie trele. Czułem wtedy jak stapiam się w jedno ze wszystkim co jest na tym świecie, jak tworzę z tym jedność, a jednocześnie pozostając w swojej świadomości, odrębności i osobowości. Ale czułem tą jedność, to zespolenie w jedności z wszystkimi roślinami, drzewami, wodą powietrzem, ptakami, rybami, a nawet owadami i gdzieś przemykającymi w zaroślach myszami i nornicami, czułem przepiękne uczucia ogarniające mnie wtedy do głębi, które wzrastały do wymiarów nie do określenia, które wówczas wypływały z mojego wnętrza i wyznaczały mi drogę na zaś. I byłem w tym złączeniu z naturą tak przejęty, że nawet komar mógł spokojnie sycić się mą krwią i nie czułem, nie był wstanie wyjąć mnie z tego błogiego stanu. Byłem jednością ze wszystkim i miłością ze wszystkim, byłem jakby mnie nie było w realiach, a w niebie. Gdy poranne promienie wschodzącego słońca zaczynały ogrzewać me ciało, budziłem się do życia, jakby naładowany, jakby na nowo, z nowymi celami, marzeniami, i wielkimi chęciami do życia, prawdziwego życia w radości, okazującej przez się dziękczynienie Bogu za wszystko czym mnie obdarzył w pięknie życia. Bo przecież nie mogło być inaczej, ja czułem to piękno i zauroczenie obcowania z Bogiem we własnym wnętrzu.

Czas biegł dalej nieubłaganie, ale przyniósł w końcu dostęp do wiedzy, do internetu i szybko zauważyłem poszukując coś dla siebie, że moje przemyślenia są zgodne z tym co mówi filozofia teozoficzna. W tej nauce o otaczającym świecie, sobie, w końcu i Bogu nie dostrzegam żadnej niezgodności z naukami ścisłymi, a powiedziałbym, że wzajemnie się uzupełniają i całkowicie korelują ze sobą. Równolegle dostałem różne teksty dotyczące życia Jezusa. Dalej pogłębiam obie te wiedze, bo widzę sens, logikę i prawdziwość rzeczy w naukach teozofii, w połączeniu z życiem czerpiącym z nauk i żywota Jezusa. Dostrzegam tedy Boga we wszystkim co nas w naturze otacza, w głazach i roślinach, w sobie samym i w bliźnich w szerokim tego słowa znaczeniu, a także widzę, że Bóg jest miłością niewypowiedzianą, a piekło jest tam, gdzie go sami ludzie stworzyli, a diabeł siedzi tam, gdzieśmy go zechcieli posadzić i tylko od nas samych zależy, na ile w naszym życiu i wzajemnym obcowaniu będzie piekła i zła, a na ile potrafimy zbudować w swych wnętrzach kwiaty na ołtarzu naszych serc, na ile potrafimy napełnić i upiększyć naszymi uczuciami ołtarz naszej wewnętrznej świątyni Boga.

A jak Wasza droga do Boga się układa?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Teozofia.pl - nowa domena Strona Główna -> Rozmowy ogólne Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
gBlue v1.3 // Theme created by Sopel & Programosy
Regulamin